W pochmurny, szary dzień postanowiłam przejść wzdłuż Rybnianki aż do miejsca, gdzie wpada do Rudna. Najpierw podjechałam na mały placyk przy drodze 780 i zrobiłam pierwsze zdjęcie Spaliska od frontu. Później wróciłam na Sznury i ruszyłam wzdłuż rzeki – od północy na południe.
Zanim jednak wysiadłam z auta, odkryłam, że zdjęcie okazało się filmem, i że zapełniłam całą kartę pamięci. Od czego wozi się jednak ze sobą drugi aparat? Uff.
Ścieżka skręciła pod czyjąś działkę, więc musiałam iść prosto – przez mokre łąki, wysokie trawy i pokrzywy. Ja – alergiczka na pokrzywy i w krótkich spodenkach. Wiedziałam, że w domu będę płakać z bólu.
Potykałam się, zaplątywałam w trawie, jednocześnie też podglądałam życie owadów i zwierząt…
Wyprawę uznaję za udaną. Niesamowite uczucie dziczy, choć w oddali majaczyły domy i słychać było szum samochodów z ruchliwej drogi. Stare, rosochate wierzby z pniami tak grubymi, że zaczynają się kruszyć, morze trzciny po horyzont i to piękne, nastrojowe, pochmurne niebo – idealne do zdjęć. Jakich zdjęć? W domu okazało się, że żadne zdjęcie się nie zapisało. Ech...
Jestem tak zauroczona spacerem, że idę jeszcze raz.
Niebo zapowiadało pogodę. Zabrałam drugi aparat (po oczyszczeniu karty pamięci), długie spodnie i ruszyłam tą samą trasą.
Niby ta sama droga a jednak inaczej. Czy to niebo robi różnicę czy znajomość szlaku?