łąka
- Kinga

- 59 minut temu
- 1 minut(y) czytania
Boję się, że zapomniałam, jak iść. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tu byłam. Gdy jednak wchodzę na ścieżkę, idę pewnie. Na wprost wyrasta wapienne wzgórze – omijam je. Po prawej płynie Sanka; dochodzę do miejsca, w którym potok rozlewa się szeroko, a pośrodku nurtu tkwią drzewa. Frywałd. Gdybym szła wzdłuż wody wystarczająco długo, doszłabym do Mnikowa.
Mijam nieistniejący staw. Jego linię wyznaczają kamienne relikty starego młyna, choć dno zdążyło już zarosnąć trzciną. Gdzieniegdzie trzymają się jeszcze tafle lodu. Przechodzę prowizorycznym mostkiem na drugą stronę. Przede mną otwiera się olbrzymia łąka. Teren wznosi się, a ja zmierzam prosto pod górę. To miejsce nie daje mi spokoju.
Wzniesienie „podtrzymywane” kamiennym umocnieniem, kilka wapiennych kopców... Skąd się tu wzięły? Zostały przyniesione, czy wręcz przeciwnie – uprzątnięte z pola, by zrobić miejsce pod pastwiska? Dlaczego zawsze, gdy tam stoję, mam wrażenie, że nie jestem sama? Patrzę na omszałe głazy i wiem, że nie dostanę odpowiedzi. Wracam. Wchodzę w cień między drzewa, wzdłuż potoku i dopiero wtedy oddycham z ulgą.



























