ostoja
- Kinga

- 5 maj
- 1 minut(y) czytania
Zamierzałam iść na Łysą Górę z samego rana. I poszłam - tyle, że z rana, ale nie samego. Jeszcze na trawach była rosa, ale poranny chłód przechodził w południowy skwar. No dobrze, była godzina 7.00, ale i tak czułam, że bluza z długim rękawem będzie przesadą.
Kamienistą drogę urozmaicały jurajskie gąbki, pomiędzy kamieniami zalegał drobny bury pył. Po lewej łąki i sady, po prawej gęste zarośla wzdłuż Brzeziny z dróżkami wydeptanymi przez zwierzęta. Była też i szersza droga, ale przecież miałam cel - stanąć na szczycie wzgórza.
Jakaś grań, pod nią jaskinie i znowu pola. Oślepiające słońce.
Jestem w najwyższym miejscu, powoli się odwracam. Babia, Tatry Zachodnie i Bielskie. Każde pasmo inne. Każde zapisujące się pod powiekami.
Wracam.
Idę tą samą drogą, ale przechodzę obok zupełnie innych pól i zarośli. Mijam zejście do zagajnika. Staję. I wracam. Ścieżka mnie ściąga. Jest szeroka, ale to tylko złudzenie, wygląda jak wrota do zaczarowanego ogrodu. Słońce z trudem przeciera się tutaj przez wysokie drzewa. W zamkniętej zielonej przestrzeni jest miejsce i na piaszczyste skarpy i mostek i ostoję… Nie pytajcie mnie jednak, które ze zwierząt w niej mają schronienie - nie wiem czy dziki, czy sarny… Zatrzymuję się w miejscu, które jest dla mnie krańcem ostoi i nie śmiem przekroczyć granicy świata, rozległego grzęzawiska, podmokłego terenu, czyjegoś domu…




















