spacerek przez Jaskowiec

Jaskowiec. Brzmi tak niewinnie. Miało być bez ryzyka, bez niespodzianek, z gwarancją przedpołudniowego “spacerku”. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Wchodzę w dolinkę i od razu widzę zmiany. Ścieżka, którą zwykle sączył się strumyk, zupełnie zniknęła pod zielenią, wejście do jaru zarosło. Wszędzie też wyraźne ślady po ostatnich ulewach.
W połowie drogi odwracam się za siebie. Zatrzymuje mnie widok rozświetlonych słońcem drzew, które wyglądają jak zielona brama. Wygląda to zjawiskowo.
Za to z przodu…
Mam wrażenie, że skarpy zsunęły się ku sobie, a jar mocno się zwęził. Przede mną wyrastają skalne płyty, a tuż przed nimi podejrzanie wyglądające, lekko przeschnięte błoto. Staję na nim i przechodzę bez problemu. Kolejna płyta, kolejne błoto - tracę czujność. Spokojnie stawiam stopę na suchym (w moim przekonaniu) fragmencie i... zapadam się. Wyciągam buta cięższego o dobry kilogram. Jakimś cudem breja nie wlała mi się do środka.
Zanim dochodzę do siebie, mija dłuższa chwila. To ten czas by się ubrudzić po łokcie. Kiedy w końcu dociera do mnie, że umyję się dopiero w domu, patrzę w stronę wylotu dolinki i… przede mną zwały powalonych drzew i gałęzi.
Dalej iść nie ma sensu. Wracać przez to samo bagno też nie. Zostaje tylko jeden kierunek: w górę. Wspinając się między pniami, przedzieram się w końcu na łąkę i odnajduję cywilizowaną ścieżkę.
Jaskowiec. A brzmi tak niewinnie.



