Piekło ma dwa końce
- Kinga

- 13 minut temu
- 1 minut(y) czytania
Zazwyczaj pokonuję Piekło idąc jego dnem i docieram do dużego oczka wodnego, które tworzy się po obfitych deszczach lub – jak tym razem – pozostaje wspomnieniem po zimowych śniegach, stanowi jednak barierę nie do pokonania. Postanowiłam jednak pójść o krok dalej i przypomnieć sobie dolinkę za taflą wody. Najłatwiej przejść górą, nad korytem Piekła.
Zanurzyłam się w las od strony pól, kierując się na północ. Schodziłam (zjeżdżałam lub zeskakiwałam) tarasami, walczyłam z drapieżnymi krzakami i przecinałam niewielkie jary wydrążone w ziemi przez nurt wody. Po prawej stronie wciąż towarzyszyło mi Piekło; widziałam wyraźnie każdy głaz i każdą szczelinę w skałach. Dotarłam do kolejnego jaru, odnogi – ostatniego, jak sądziłam, patrząc na ukształtowanie terenu. “Nigdy tędy nie szłam, jak to możliwe?” – pomyślałam.
Miejsce od razu wydało mi się inne. Byłam na wysokości jego środkowej części, weszłam w w parów i ruszyłam w górę. Uderzyła mnie jego dzikość - powalone, gęsto porośnięte mchem pnie, ogromne, omszałe skały i drobne zlepieńce, pod stopami tylko czysty, wilgotny piach – żadnych ludzkich śladów.
Z dołu odnoga zdawała się nie mieć końca; był tylko świat zielonych kamieni i ja. Dopiero u góry ściany zaczęły łagodnie zbiegać się ku sobie, zamykając przejście.
Zawróciłam. Kiedy dotarłam do końca Piekła, jar zamknął się za moimi plecami. Ukrył przed wzrokiem skały i wąską nitkę piasku, którą przed chwilą pokonywałam. Przede mną znów wyłoniły się znajome wyspy kamieni wypłukane przez deszcz, strome zejścia i to samo oczko wodne, od którego zaczęłam a na którym zwykle kończyłam.


























